|

Ostatnie wieki doby
starożytnej w dorzeczu Wisły i Odry charakteryzują przemiany gospodarcze
o dynamice nie mającej analogii w dotychczasowych dziejach tych ziem.
Zjawiskom tym uchwytnym w źródłach archeologicznych towarzyszyły zapewne
głębokie zmiany w tradycyjnej, z natury mało mobilnej organizacji życia
kolektywistycznych wspólnot plemiennych. Opierały one swą ekonomikę na
rygorystycznie przestrzeganych obowiązkach realizowanych głównie w
ramach gospodarki naturalnej, której podstawą była samowystarczalność
grup rodzinnych i małych wspólnot lokalnych. Już w ostatnich wiekach
przed naszą erą ta harmonia poddana została ciężkiej próbie. Pierwszymi
wyzwaniami było dla niej zetknięcie się z wysoko zorganizowanym i
stosującym technologie możliwe do opanowania jedynie przez
wyspecjalizowanych wytwórców rzemiosłem celtyckim. W miarę zbliżania się
dwóch światów Barbaricum i obszaru cywilizacji rzymskiej procesy te
nasiliły się. Należy jednak zaznaczyć, iż nie były one równomiernie
rozłożone w całej przestrzeni kultury przeworskiej i nie zawsze miały
charakter ciągły - progresywny, ale podlegały trudnym do
zinterpretowania okresom nasileń i osłabień. Najdobitniej reprezentuje
je metalurgia żelaza. Wytwórczość ta w krótkim czasie stała się nie
tylko domeną wyspecjalizowanych rzemieślników, ale podlegała
specyficznej organizacji produkcji grupując się niemal wyłącznie w kilku
centrach, gdzie osiągała często skalę ogromną. Wyłączając się z
gospodarki naturalnej hutnictwo żelaza przybrało niewątpliwie cechy
produkcji towarowej. Inną dziedziną, w której obserwujemy pojawienie się
ok. poł. III w. n.e. wyspecjalizowanego rzemiosła jest garncarstwo. Tu
ten proces w porównaniu z hutnictwem miał inną skalę i przebiegał zgoła
inaczej. Zapotrzebowanie na naczynia na zdecydowanie większej części
obszaru zajętego przez kulturę przeworską zaspakajało, i w III wieku i
później, głównie tradycyjne garncarstwo nie używające koła i
wyspecjalizowanych urządzeń do wypału. Wytwórczość ta niezmiennie od
neolitu była zajęciem uprawianym w każdym gospodarstwie rodzinnym lub w
ramach wspólnot wiejskich. Nurt rzemieślniczy nie wyrósł z tradycyjnego
i niemal zupełnie nie nawiązywał do niego ani technologią ani formami
produktu. Ceramika rzemieślnicza (zwana w polskiej archeologii umowną i
wspólną nazwą ceramiki siwej) była wykonywana na szybkoobrotowym kole
garncarskim i wypalana w specjalistycznych, dość skomplikowanych w
budowie piecach. Ta technologia, formy naczyń, ich wartości użytkowe
nawiązywały lub wręcz miały analogie w garncarstwie prowincji rzymskich.
Na "tle" pozostałych składników inwentarzy domowych ceramika siwa
nieodparcie robi wrażenie importu z obcej kultury. I tak należy ją
postrzegać. Chociaż produkowana w środowisku kultury przeworskiej była
ona w swej istocie importem - importem technologii i form naczyń obcych
miejscowym "normom". Nie można nawet wykluczyć, iż garncarstwo
rzemieślnicze nie tylko było zainicjowane przez garncarzy wywodzących
się z obszarów naddunajskich, ale przez cały czas trwania pozostawało w
ich rękach.
Główne centra produkcji ceramiki siwej znajdowały się w południowej
Małopolsce, w okolicach Krakowa. Odkryto tu ponad 100 pieców
garncarskich, a ceramika siwa w osadach tego rejonu jest najczęściej
liczniejsza od lepionej ręcznie (nierzadko przekracza 80%). Inne
mniejsze ośrodki produkcji istniały na Górnym i Dolnym Śląsku. Najdalej
na północ wysuwa się lokalne zgrupowanie w dorzeczu górnej Warty. Im
dalej na północ tym udział ceramiki siwej zmniejsza się wyraźnie, a brak
pieców nie pozwala na jednoznaczny sąd, czy jest ona produktem lokalnym,
czy importem z południa. Na trwających w 2 poł. III w. i później osadach
mazowieckich zawsze ceramika siwa jest obecna, choć w ilościach
zdecydowanie odbiegających od zarejestrowanych w Małopolsce (rzadko
przekracza 5% ogólnej ilości naczyń). Ten stosunkowo mały udział, jak i
pewne specyficzne cechy ceramiki siwej odkrywanej na Mazowszu (ogólnie
reprezentuje ona nieco niższy poziom technologiczny niż ta pochodząca z
czołowych warsztatów małopolskich) sprawiły, iż nie bez podstawy były
opinie, iż mogła ona pochodzić z warsztatów lokalnych. Ta hipoteza wobec
braku odkryć takowych stawała się z biegiem lat coraz mniej wiarygodna.
W roku 2004 w Młochowie gm. Nadarzyn dokonaliśmy ważnego odkrycia
zmieniającego słabnącą hipotezę o lokalnej proweniencji mazowieckiej
ceramiki siwej w pewność.
Zespół osadniczy Rusiec/Młochów leży na skraju wielkiego zgrupowania
osadniczego charakteryzującego się rozwiniętą produkcją żelaza. Na
południowej peryferii Równiny Łowicko-Błońskiej, w krajobrazie lekko
pofalowanym zwiastującym bliskość Wysoczyzny Rawskiej, w miejscu gdzie
rzeczka Zimna Woda tworzy rozległy łuk ulokowane są dwie osady. Na
zewnętrznym wygięciu doliny leży główna osada mieszkalno-produkcyjna
rozciągająca się na powierzchni blisko 7 ha. W latach 1997, 1998 w
trakcie badań prowadzonych przez Uniwersytet Warszawski odkryto tu na
powierzchni 2,2 ha liczne jamy osadnicze (w tym ziemianki i studnie) i
244 dymarki. Na prawym brzegu doliny zlokalizowaliśmy obszar produkcyjny
osady. W badaniach prowadzonych w latach 2004-2005 przez Muzeum
Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie, które objęły
olbrzymią powierzchnię 4,2 ha, odkryliśmy tu cztery piecowiska z 292
dymarkami. Towarzyszyły im nieliczne jamy łączące się z produkcją
metalurgiczną (m.in. ślady eksploatacji gliny przeznaczonej do budowy
pieców). Tu też zupełnie niespodziewanie (niezapowiadany obrazem na
powierzchni) odkryliśmy piec garncarski do wypalania ceramiki siwej.
Ponieważ piece hutnicze datowane są na I-II w. n.e., a piec garncarski
na połowę III (w analizie 14C uzyskaliśmy następujące daty: 225±60,
200±60) należy przyjąć, iż piec ten zbudowano w miejscu zupełnie
niezagospodarowanym - izolowanym, w odległości 200 m od osady.
Jest to urządzenie w swych założeniach generalnych bardzo podobne do
pieców małopolskich, jednak różni się od nich mniejszą wielkością i
nieco odrębnymi rozwiązaniami szczegółowymi. Piec młochowski był
położony w strefie dominacji ciężkiej gliny zwałowej. Nie ma ona jednak
tak jednorodnego charakteru jak skała lessowa. Glina morenowa
poprzecinana jest tu drobnymi, różnej szerokości żyłkami piasku, co
powoduje że nie jest skałą monolityczną. Być może było to decydujące dla
trwałości pieca. Można nawet sądzić, że ta niejednorodność skały stała
się bezpośrednią przyczyną jego zawalenia.
Piec składał się z wydrążonej w glinie jamy ogniowej o wymiarach 1,8 x
1,3 m. Uchwycona w badaniach jej głębokość wynosiła 75 cm (rzeczywistą
głębokość pierwotną należy zwiększyć o co najmniej 40 cm, tyle bowiem
zniszczyła współczesna bardzo głęboka orka). Jama miała kształt
podkowiasty ze ścianą czołową prostolinijną. Od tej ściany na poziomie
dna wychodziły dwa odległe od siebie o 25 cm wydrążone w glinie kanały.
Kanały w przekroju prostokątne miały wymiary 35-40/15-20 cm. Jama
ogniowa umożliwiała obsłudze dostęp do kanałów i jednocześnie jej partia
czołowa była miejscem paleniskowym (nie sądzę by procesy ogniowe mogły,
jak się często przyjmuje, odbywać się tylko w kanałach). Po 45 cm oba
kanały nie zmniejszając swej szerokości otwierały się ku górze tworząc
dwie niezależne, rozdzielone przegrodą z litej gliny "komory
cyrkulacyjne". Długość tych komór nieznacznie rozszerzających się ku
górze wynosiła 100-110 cm, a szerokość była podobna do szerokości
kanałów - 40 cm. Dzieląca komory przegroda miała szerokość 30 cm. Od
góry spoczywała na niej jedna warstwa kamieni. Na wysokości 45-50 cm od
dna komór, wsparty na brzegach ich obwodu i na przegrodzie, spoczywał
ruszt gliniany. Jego średnica wynosiła ok. 110 cm a grubość 10 cm. Na
obwodzie, 15-20 cm od brzegu zewnętrznego rozmieszczonych było 10
otworów o średnicy 5-6 cm. Relikt, który odkryliśmy, przedstawiał obraz
po katastrofie. Poziom pierwszy, na którym zauważyliśmy ślady pieca był
tym, na którym pierwotnie znajdował się strop rusztu. Z istniejącej
ponad nim komory wypałowej rozbudowanej być może w komin wzmacniający
cyrkulację powietrza nic nie zostało. Pozostałości tej zapewne
gliniano-ziemnej konstrukcji znalazły się w całości na poziomie, który
został objęty w nowożytności orką. Ruszt pieca załamał się wzdłuż
krawędzi podpory. Jego szczątki niemal pionowo "zwisały" wzdłuż ścian
obu komór cyrkulacyjnych. Wnętrze komór wypełniały nie tylko fragmenty
rusztu i drobnoziarnisty rumosz gliny związany zapewne z konstrukcją
ścian komory wypału, ale przede wszystkim ceramika. Bardzo silnie
rozdrobnione szczątki naczyń należały wyłącznie do ceramiki siwej. W
komorze było 1821 fragmentów naczyń ważących łącznie 10,4 kg. W jamie
ogniowej 812 fr. (6,2 kg). Łącznie w piecu młochowskim znajdowało się
2656 fragmentów ceramiki o wadze 16,6 kg. Ponieważ przeciętne naczynie
waży 0,6 kg to przyjąć możemy, że reprezentują one ok. 28 naczyń.
Ceramika ta pochodzi zapewne z ostatniego niedokończonego wypału (część
fragmentów jest nie w pełni wypalona) i zsuniętych do jamy odpadów po
wypałach poprzednich.
To, że w miarę zbliżania się dwóch światów - Barbaricum i Imperium
Romanum na teren pozalimesowy przenikały elementy wyższej cywilizacji
jest zrozumiałe. Zastanawiające jest, dlaczego mimo obserwowanej
łatwości przenoszenia zaawansowanej technologii, która powinna wypierać
archaiczne, tradycyjne sposoby wytwarzania, proces ten albo nie pojawia
się, albo ma ograniczony zasięg terytorialny, a jego dynamika jest
mniejsza od tej, której należałoby się spodziewać. W przypadku ceramiki
siwej ten problem występuje szczególnie wyraziście. Produkcja ta poza
obszarem Małopolski nie osiąga rozmiarów znaczących gospodarczo i z
biegiem czasu nie wzrasta w sposób istotny ponad poziom z pierwszej fazy
mieszczącej się w III w.
Należy wziąć pod uwagę materialne przyczyny wyjaśniające to zjawisko.
1. Istniały trudności w znalezieniu w niektórych rejonach obszaru
kultury przeworskiej warunków geologicznych umożliwiających budowę
pieców.
2. Utrzymywanie przez rzemieślników monopolu na tę wytwórczość i
niedopuszczanie do udziału w niej osób spośród ludności miejscowej.
Zakłada to "obcość" wytwórców i ich samoizolację. Chronienie tajemnic
warsztatowych było racjonalne, bo przez to nieliczne i efektowne wyroby
osiągnęły wysoką pozycję na rynku.
Wymienione czynniki nie sprzyjające powszechnemu rozwojowi garncarstwa
rzemieślniczego należy niewątpliwie brać pod uwagę, ale chyba nie one
mimo wszystko decydowały o marginalnym znaczeniu tej wytwórczości na
dużych obszarach środkowych i północnych kultury przeworskiej. Przyczyną
tą mógł być ograniczony popyt na wyroby rzemieślnicze. Nasz zdziwienie,
że tak się stało bierze się ze współczesnej racjonalistycznej
perspektywy, w której wzrost i postęp gospodarczy wydaje się celem
jedynym i nadrzędnym.
Poddawane różnym bodźcom dezintegrującym społeczeństwa barbarzyńskie
schyłku doby starożytnej zachowują jeszcze lub starają się zachować
tradycyjną spójność kultury, w której postęp techniczny w gospodarce,
szczególnie ten pojawiający się w postaci silnych bodźców zewnętrznych,
mógł być postrzegany jako czynnik zagrażający społecznym celom
działalności produkcyjnej. Ten społeczny cel nie był podporządkowany
wyłącznie tworzeniu bezpośrednich wartości użytkowych. Spetryfikowane
nawyki i nakazy obowiązujące w zespołowych formach działalności
gospodarczej były jednym z podstawowych czynników sprzyjających
podtrzymaniu dotychczasowych więzi społecznych. Więź ta brała się bowiem
nie z wąsko pojmowanej sfery, którą dziś nazywamy kulturą duchową, ale z
nierozdzielnej jedności wspólnych, naznaczonych tradycją działań we
wszystkich dziedzinach życia. Rozmaite działania gospodarcze, nawet
jeśli my postrzegamy je jako wyłącznie praktyczne i utylitarne, były
wówczas w swym znaczeniu społecznym nie tylko nie przeciwstawne sferze
sacrum, ale jej integralnym składnikiem. Niewątpliwie
ważnym elementem tradycji była produkcja ceramiki, szczególnie iż jej
produkt poprzez możliwość nadawania mu rozmaitych form (kształt naczyń i
ich ornamentyka) stwarzał warunki do manifestowania identyfikacji z
grupą społeczną. Ceramika toczona w najmniejszym stopniu nie sprzyjała
realizacji takiego celu. Wręcz odwrotnie, była ona najgłębiej
nieinherentna. Jej wytwarzanie spoczywało najpewniej w rękach "obcych"
(stąd być może częste niedopuszczanie warsztatów garncarskich do
przestrzeni osad), a formy naczyń nie nawiązywały zupełnie do tych,
przez które realizował się cel grupowy - manifestowanie tożsamości
wiążącej jeszcze społeczeństwa barbarzyńskie. Jeśli mamy do czynienia ze
świadomym odrzucaniem masowego przyjmowania wytworów garncarstwa
rzemieślniczego, to przecież wiemy, że cel jaki próbowano przez to
osiągnąć już nie był realny. Nie tylko wyzwania gospodarcze, ale przede
wszystkim polityczne i militarne zwiastowały już nieuchronnie zmierzch
kultur ukształtowanych w tej części Europy. Pojawienie się ceramiki
siwej jest małym, ale wyraźnym sygnałem zapowiadającym koniec świata
barbarzyńców. |