Człowiek kontra klimat
- Szczegóły
- Opublikowano: czwartek, 21, lipiec 2011 19:24
- Joanna Orłowska-Stanisławska

Na skutek globalnego ocieplenia nastąpiła potężna katastrofa – zaczęły topnieć lodowce. Miało to miejsce u schyłku 10 tys. p.n.e. Wyginęło wówczas wiele gatunków zwierząt, prawdopodobnie też i mamuty. Człowiek jednak przetrwał. Klimat panujący na terenach ziem Polski zmienia się dziś nie po raz pierwszy.
Globalne ocieplenie jest na ustach wszystkich. Dyskutują o nim nie tylko naukowcy, ale politycy i zwykli ludzie. Strach przed działaniem potężnych sił natury towarzyszy człowiekowi od zawsze. Wizja wielkiej katastrofy jest elementem naszej kultury. Założyliśmy jednak, że należy ona do odległej przeszłości. Do świata mitów i Biblii. Dziś lęk powraca i nie potrafimy sobie z nim poradzić. Być może zatem pomocy, choć w częściowym rozwiązaniu zagadki, szukać należy w… archeologii?
Archeologów siłą rzeczy interesuje klimat. Na przykład archeologia paleolitu, czyli najstarszego okresu epoki kamienia korzysta z metod geologii i geografii. Badacze najstarszych dziejów ludzkości studiują elementy środowiska, znają się na geomorfologii (zajmuje się formą i rozwojem rzeźby Ziemi), paleobotanice (bada, jakie dawniej występowały rośliny) i paleozoologii (poznaje dawne zwierzęta lądów i mórz). Większość archeologów współpracuje ze specjalistami różnych dziedzin. Wiedza ta jest niezbędna, by odpowiednio zinterpretować zabytki sprzed setek tysięcy lat i próbować poznać życie człowieka w danym środowisku.
Klimat potrafił wynosić i gubić cywilizacje. – Nawet wybuch rewolucji francuskiej tłumaczyć można przyczynami klimatycznymi, gdyż ówczesne ochłodzenie spowodowało duże nieurodzaje, a z powodu głodu zaczęła się społeczna rewolta – tłumaczy prof. Jan M. Burdukiewicz, kierownik Zakładu Archeologii Epoki Kamienia Uniwersytetu Wrocławskiego.
Dlatego też archeolodzy wchodzą na obszary zarezerwowane dotąd dla literaturoznawców, biblistów bądź teologów. Interesują ich zarówno powoli następujące w czasie wahania klimatu, jak i spektakularne zmiany.
Jedną z najstraszliwszych katastrof, jakie miały dotknąć ziemię, był potop. Ocalał tylko Noe wraz z rodziną i wybranymi zwierzętami. Bóg cenił starego człowieka, gdyż był prawy. Jego zachowanie wyróżniało się na tle moralnego zepsucia większości. Jahwe nakazał mu zbudować statek, który bezpiecznie uniesie jego wraz z rodziną. Noe wstąpił na pokład arki, gdy śmiertelny żywioł szalał na ziemi, zakrywając nawet górskie łańcuchy.
Naukowcy od dawna starali się rozstrzygnąć, czy jest to tylko symboliczna opowieść o winie i karze, czy też bazuje na prawdziwej klęsce ekologicznej. Wśród wielu teorii, jedna z najbardziej zaskakujących umiejscawia biblijną katastrofę na obszarze m.in. dzisiejszej Turcji. Około 11-8 tys. lat temu, w związku ze skokiem temperatury, zaczęły topnieć lodowce. Nadmiar wody spływał wówczas do oceanów, których poziom się podnosił. Przepełnione Morze Śródziemne miało naciskać na łańcuch górski, który w końcu został przerwany. Przez wielką wyrwę fala runęła w dół, zalewając znajdujące się tam jezioro. Słone masy zatopiły ludzi, którzy żyli nad brzegiem akwenu. Dziś dawne jezioro nosi nazwę … Morza Czarnego, a lej, którym spływały masy wody – Cieśniną Bosfor.
Skąd wiadomo o przedziwnej przeszłości tych akwenów? Informacje te ukryte są w morskim dnie. Rdzeń osadu wydobyty z dna Morza Czarnego zawierał warstwy obumarłych organizmów, które żyć mogły wyłącznie w wodach słodkich! O tej metodzie badawczej jednak za chwilę…
Niszczącą siłę wody przywołuje też mit o Atlantydzie. Morze i trzęsienia ziemi miały pogrzebać tę wyspę, którą opisał Platon. Według legendy Atlantyda, wraz ze swym bogactwem, znikła z powierzchni ziemi.
Fascynujący przekaz wielokrotnie brany był na warsztat przez badaczy, jednak nigdy nie wyszedł poza sferę mitu. Chociaż… istnieje hipoteza, która utożsamia mityczną Atlantydę z wyspą Thera, na Morzu Egejskim. Została prawie całkowicie zniszczona ok. 1600 r. p.n.e., w wyniku potężnej erupcji. Siejący spustoszenie wulkan miał zapaść się po wybuchu pod ziemię. W konsekwencji powstała gigantyczna fali tsunami o wysokości nawet do 200 metrów. Szczątki wyspy Thera – kwitnącego niegdyś ośrodka kultury minojskiej – tworzą dziś grecki archipelag Santoryn.
Kres świata zalewanego przez wodę występuje w mitach różnych narodów i kultur. „Nasza” lokalna apokalipsa ma związek z destrukcyjną siłą Bałtyku. Nad brzegiem morza leżało potężne kupieckie miasto – Wineta. Mieszkańcy bogacąc się, szybko popadli w pychę. Kara przyszła w postaci wielkiej fali, która pochłonęła legendarny gród.
Zagrożenie może przyjść też z wnętrza Ziemi. W 79 r. p.n.e. wybuchł Wezuwiusz, grzebiąc pod gorącym pumeksem i śmiercionośną lawą mieszkańców Pompei oraz Herkulanum. Tysiące istnień ludzkich, zastygłych w pełnych cierpienia pozach, odkryto jakby ku przestrodze. Badania dowiodły, że góra zieje ogniem regularnie – zniszczenia dokonała już niemal 4 tysiące lat temu, grozi tym samym współcześnie.
Wulkany grzmiały częściej na naszym kontynencie. Pyły, po wybuchu góry Lacher See koło Koblencji, ok. 10-11 tys. lat temu niczym całun zakryły dużą liczbę obozowisk w dorzeczu Renu, sięgając aż po Sztokholm i północno-zachodnią Polskę. To był ostatni wybuch, który zagroził na taką skalę Europie Środkowej.
Przeszłość zaklęta w oceanach i lodowcach
Wiedzie nimi nie tylko ciekawość przeszłości, ale i przekonanie, że bez poznania minionego, przyszłość pozostanie zagadką. I co gorsza zaskoczy nas. Dlatego naukowcy programowo oglądają się za siebie. – Mówiąc o współczesności, patrzę na model, który sięga 130 tys. lat wstecz – stwierdza dr Adam Szynkiewicz z Instytutu Nauk Geologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Szukam odpowiedników w przeszłości, by projektować model na przyszłość.
Badania interdyscyplinarne, czyli łączące wiedzę wielu dziedzin, powodują, że coraz więcej danych dotyczących środowiska, uzyskujemy nawet z najodleglejszych epok geologicznych. Dzięki pobraniu 21-metrowego rdzenia z dna Pacyfiku, posiadamy zapis zmian klimatycznych obejmujący ponad 2 mln. lat. Wiercenia w lodowcach Grenlandii i Antarktydy – warto wspomnieć o europejskim projekcie EPICA (3,309 m głębokości) – pomagają dokładniej określić zmiany klimatu.
Doszło nawet do tego, że duńscy badacze, na podstawie wierceń grenlandzkiego lodu, ogłosili, iż znają … dokładną datę zakończenia plejstocenu, czyli epoki lodowej. Cieplejszy świat holocenu, w którym żyjemy obecnie, miał rozpocząć się równo 11 711 lat temu! („GW” z 13 stycznia 2009 r).
Klimat naszego globu nieustannie podlega wahaniom, które miały duży zakres w epoce lodowej – trwającej około 2 mln lat. Nie była ona jednym nieprzerwanym okresem panowania zimna. Szacuje się, że w tym czasie klimat zmieniał się około 60 razy od zimnego (okresy zwane glacjałami) do ciepłego (okresy zwane interglacjałami). Ochłodzenia i ocieplenia miały różną amplitudę, a podczas ostatnich 720 tys. lat były największe.
W okresach glacjalnych, gdy wzrastała wilgotność, obniżała się temperatura, obficie padał śnieg oraz powstawały rozległe lodowce kontynentalne.
Przyjmuje się, że w podczas ostatnich 700 tys. lat nastąpiło 8 cykli glacjalnych. W okresach interglacjalnych lodowce ustępowały, a klimat niekiedy był cieplejszy niż obecnie. Okresy glacjalne i interglacjalne cechowały się jednak także mniejszymi wahnięciami temperatury i wilgotności – chłodniejsze nazywamy stadiałami, a cieplejsze interstadiałami. Lodowce cofały się wówczas bliżej biegunów, lecz nie topniały w całości, podobnie jak obecnie.
Dzięki coraz większej dokładności pomiarów, nowym technikom i większemu bogactwu źródeł łatwiej rekonstruować klimat bliższy współczesności, a w tym temperaturę – jedną z jego najważniejszych składowych.
– Wskazania słupka rtęci są dość dobrze odnotowane w XX w., czego nie można jednak powiedzieć o wcześniejszych stuleciach. Z prostego powodu – nie istniały wówczas stacje meteorologiczne – tłumaczy dr Jerzy Pereyma, klimatolog i glacjolog z Zakładu Meteorologii i Klimatologii Uniwersytetu Wrocławskiego. – Ciekawostką jest, że we Wrocławiu powstało jedno z najstarszych obserwatoriów w Europie i na świecie – w 1791 r. na wieży Uniwersyteckiej. Jednak termometry były tak źle ulokowane, że nawet gdyby zachowały się zapisy z tamtych czasów, nie dałoby się ich porównać z danymi uzyskanymi gdzie indziej.
Obecnie istnieją ścisłe regulacje, co do tego, jak mierzyć. Termometr musi znajdować się w specjalnej klatce, 2 metry nad ziemią i poza miejską wyspą ciepła. Według ujednoliconych pomiarów temperaturę, wilgotność i opady mierzy już na całym świecie kilkadziesiąt tysięcy stacji.
Okazuje się jednak, że precyzyjne wskazania przyrządów nie rozwiązują problemu. Swoistego paradoksu doświadcza sam doktor Pereyma, który, oprócz klimatu, zajmuje się badaniem lodowców. Badacz polarny niemal co roku, od 30 lat pojawia się na Spitsbergenie, by zajmować się lodem. – Nie mogę pozostać obojętnym i stwierdzić, że nic się nie dzieje. Topienie się lodu jest ewidentnym przejawem ocieplenia – stwierdza dr Pereyma. – Sęk w tym, że w stacjach meteorologicznych nie obserwujemy tak gwałtownego przyrostu temperatury powietrza. Z racji wykonywanego zawodu wierzę liczbom. Tymczasem pomiary meteorologiczne wcale nie oddają tego, co obserwuję w przyrodzie.
A zmiany widać gołym okiem – choćby tam gdzie kilka lat temu rozciągał się lodowiec, rozkwitają dziś zjawiskowe kwiaty polarne.
Konsekwencje globalnego ocieplenia każdy z nas odczuwa na własnej skórze. To jednak nic nowego, gdyż w przeszłości klimat ocieplał się wielokrotnie. A przy tym zmiany bywały dużo szybsze. 10 tysięcy lat temu, nastąpił tak znaczny wzrost temperatury, że klimat całej kuli ziemskiej był znacznie cieplejszy niż obecnie.
W jaki sposób sięgamy w tak odległą przeszłość, skoro nikt nawet nie śnił wówczas o stacjach meteo? Na podstawie stosowanych metod, bazujących na szczątkach roślinnych, zwierzęcych, pyłkach roślin i osadach geologicznych. W ten sposób tworzy się tzw. estymacje klimatu.
Rej wśród dostępnych metod wiedzie badanie rdzeni oceanicznych. Odwiercane z dna mórz i oceanów długie, nawet kilkudziesięciometrowe słupy osadów – zawierają w sobie kod zmian klimatycznych. Ich wskaźnikiem są skorupki mikroskopijnych organizmów zwanych otwornicami. Organizmy te żyją na powierzchni wód, a po śmierci opadają na dno. Skręt ich ciała wyjawia, czy za ich życia było ciepło czy zimno. Gdy było zimno (poniżej 7º C) – skręcały się w lewo, gdy robiło się cieplej – w prawo.
Szkielety mikroorganizmów zawierają węglan wapnia, w których zawarty jest tlen. Analizie poddaje się stosunek stałych izotopów tlenu w skorupkach otwornic, czyli izotopu tlenu 18 (18 O) do tlenu 16 (16 O). Na tej podstawie uzyskuje się odbicia wahań temperatury wód oceanicznych, a pośrednio − rozprzestrzeniania się lodowców. Gdy lodowce przyrastały – zawartość tlenu 18 O w wodzie morskiej rosła. Gdy lodowce topniały, a wody stawały się cieplejsze – zawartość tlenu 18 O spadała. – Na podstawie wielu wierceń w różnych częściach globu stworzony został wykres, z którego wynika, że zachodziły stałe cykle ochłodzenia i ocieplenia. Nazywamy go „krzywą tlenową”. Jest ona punktem odniesienia dla wszystkich naukowców, których interesuje klimat – informuje geolog dr A. Szynkiewicz.
Okazuje się na przykład, że 18 tys. lat temu organizmy zimnolubne świetnie się czuły przy równiku, natomiast 100 tys. lat temu przeniosły się ku wybrzeżom Grenlandii, tak jak współcześnie.
Krzywa tlenowa informuje wyłącznie o zmianach klimatu, jakie zachodziły na Ziemi. Natomiast, aby określić, kiedy te wahnięcia miały miejsce, naukowcy wspomagają się wieloma innymi metodami. Użycie wyłącznie jednej z nich jest za niewystarczające.
Popularnością cieszą się metody izotopowe, na przykład metoda datowania z wykorzystaniem szeregu uranowego. Otwornice są w tym względzie również pomocne – gdyż w osadach można obserwować ich zmienność gatunkową w upływającym czasie geologicznym.
Konkretne („bezwzględne”) daty powstania różnych warstw w rdzeniu można też uzyskać za pomocą metod radiowęglowych, badań paleomagnetycznych (poszczególne warstwy osadów przyporządkowuje się epokom i epizodom magnetycznym, a stąd już tylko krok do uzyskania daty) lub paleozoologicznych. Polega to na tym, że paleontolodzy (badają dawne zwierzęta i organizmy kopalne) tworzą „zony otwornicowe” dla osadów morskich.
Słupy osadu odwiercane z głębin są czułym miernikiem zmian. Identycznie rzecz ma się z rdzeniami lodowymi. „Podobnie jak rdzenie głębokomorskie, rdzenie odwiercane z lodów Grenlandii i Antarktydy dostarczyły imponujących sekwencji dokumentujących zmiany klimatu. Zmiany klimatyczne z rdzeni głębokomorskich dobrze korespondują z danymi z rdzeni lodowych” – stwierdzają Colin Renfrew i Paul Bahn w książce „Archeologia. Teorie. Metody. Praktyka.” (Warszawa 2002).
W poszczególnych warstwach, które budują rdzenie oceaniczne i lodowe, odciskają się zmiany nie tylko powolne, ale i nagłe i niszczące. Po wybuchu wulkanu Krakatau (1885 r.) na Filipinach pyły okrążyły ziemię już po 10 dniach, a po erupcji na wyspie św. Heleny w 1981, popioły wzleciały na wysokość 16 km. Dostały się także do oceanów i osiadły na lodowcach, co można dziś odczytać z określonej sekwencji warstw budujących zarówno dna oceanów, jak i wieczne lody.
Lodowce występują również w … Polsce. Świat miliardów zamarzniętych kryształków rozciąga się pod stopami niczego nie świadomych górskich turystów. Wejście do baśniowej krainy znają tylko niektórzy naukowcy i speleolodzy. W jaskiniach, do których zajrzeć można wyłącznie za zgodą Tatrzańskiego Parku Narodowego, lód… topi się. – Tam, gdzie jeszcze przed rokiem dostępu do dolnych partii jaskini broniła sporej grubości warstwa lodu, jesienią 2008 r. można było dostać się swobodnie. Podziwiałam więc wnętrze niedostępne od co najmniej 10 lat-relacjonuje – relacjonuje Sylwia Solarczyk, z Tatrzańskiego Klubu Speleologicznego, która uczestniczyła w badaniach Jaskini Lodowej w Ciemniaku w 2007 r. oraz 2008 r.
Były to jedyne przeprowadzone dotąd w Polsce badania izotopów tlenu z warstw lodu w jaskini. Miały pomóc odpowiedzieć na najważniejsze pytania. – Po pierwsze – czy zmieniały się warunki klimatyczne podczas osadzania się warstw lodu. Następnie – czy analizy wykazują, że klimat się ociepla. A po trzecie – jaki jest wiek tych warstw lodu – informuje A. Szynkiewicz, pomysłodawca projektu.
Geolog w asyście studentów oraz speleologów w Tatry Zachodnie wybrał się we wrześniu, przed dwoma laty. Potężna śnieżyca zmusiła ich jednak do wycofania się. Gdy śnieg odpuścił, ponowili próbę kilka tygodni później, wczesnym rankiem. Już koło południa dotarli do otworu jaskini (1715 m n.p.m.). Pomiędzy lodem a ścianą groty wytopiła się szczelina, przez którą przecisnęli się do tzw. Dolnej Komory. Stanęli „twarzą w twarz” z boczną ścianą lodowca. – Pobraliśmy z niej warstwy lodu, co 10 cm. Próbki wylądowały w przenośnych lodówkach. Kolejnego dnia dostarczyliśmy je do laboratorium izotopowego Instytutu Nauk Geologicznych we Wrocławiu – opowiada dr Szynkiewicz.
Żmudne analizy wykazały, że następują zmiany klimatu. Sęk w tym, że … nie wiadomo kiedy – obecnie, czy też w przeszłości. Pobrano bowiem za mało lodu na przeprowadzenie badań, które pomogłyby określić jego wiek.
Naukowcy badając zmiany w przyrodzie, zwracają szczególną uwagę na rozróżnienie przyczyn naturalnych od antropogenicznych, czyli spowodowanych działalnością człowieka. – Na ostatnie 11 tys. lat przypada dynamiczny rozwój kultury ludzkiej. Holocen to jedyny w swoim rodzaju okres geologiczny, w którym oba rodzaje przemian klimatycznych brane są pod uwagę. Co jest zatem podyktowane siłą natury, a co ma antropogeniczną genezę? – pyta dr Makohonienko z Instytutu Paleogeografii i Geoekologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
W rekonstrukcjach minionego klimatu uczestniczą specjaliści różnych dyscyplin w tym paleobotanicy, badający dawną szatę roślinną, czy geochemicy, analizujący pęcherzyki powietrza „uwięzione” w lodowcach. Naukowcy wzięli pod lupę dwa ostatnie interglacjały: holocen (od 11 tys. lat temu), w którym żyjemy obecnie oraz poprzedni okres ciepły, zwany interglacjałem eemskim (ok. 130 tys. – 115 tys. lat temu). Wiele wskazuje na to, iż zmiany które zachodzą na przestrzeni ostatnich kilku tysięcy lat, różnią się istotnie od tych, które zachodziły w przedostatnim ciepłym okresie. − Wzrost emisji dwutlenku węgla do atmosfery rozpoczął się już ok. 8 tys. lata temu (podczas gdy w porównaniu z ostatnim interglacjałem powinien wtedy spadać), natomiast wzmożone wydzielanie metanu, nastąpiło już ok. 5 tys. lat temu – tłumaczy dr Makohonienko.
Co zatem stoi za wzmożoną emisją gazów cieplarnianych już 8 tys. lat temu? – Obecnie sądzi się, że może to być związane z wzrostem powierzchni wylesionych na kontynencie euroazjatyckim, wypalaniem lasów dla pozyskania przestrzeni pod osady i pola uprawne, a następnie z rozwojem upraw... ryżu w Azji wschodniej i południowej – tłumaczy dr Makohonienko, który przygotowuje pracę habilitacyjną na temat przemian szaty roślinnej w Chinach. – Ryż po udomowieniu zaczął być uprawiany na terenach zalewowych. Te wielkie podmokłe pola stały się dodatkowym źródłem metanu uwalnianego do atmosfery.
Nowością w tej teorii jest przekonanie, że to nie XIX-wieczna rewolucja przemysłowa zainicjowała zmiany w atmosferze planety, ale już o kilka tysięcy lat wcześniejsza – tak zwana rewolucja neolityczna, kiedy to łowcy i zbieracze zaczęli uprawiać ziemię. – A więc przekształcanie środowiska przez człowieka na kontynencie euroazjatyckim już kilka tysięcy lat temu mogło rzeczywiście mieć globalne konsekwencje – podsumowuje badacz dawnej szaty roślinnej.
Wynalazcy z epoki kamienia
Naukowcy, dzięki interdyscyplinarnym badaniom, potrafią określić ile razy zmieniał się klimat na ziemiach polskich od momentu pojawienia się ludzi – a był to proces nieustanny. Specjaliści porównują dane uzyskane w terenie z wykresami krzywych, a wyodrębnionym jednostkom przydzielają nazwy dla uporządkowania uzyskanej wiedzy.
Okres, w którym ok. 500 tys. lat temu na naszych ziemiach pojawili się ludzie, nazwany został więc interglacjałem „małopolskim”, a kolejny zimny – zlodowaceniem „Sanu”. Następna fala ciepła charakteryzowała interglacjał „mazowiecki”, po czym nastąpiło zlodowacenie „Odry”. Po interstadiale „lubelskim/lubawskim” znów przyszło zimno w postaci zlodowacenia „Warty”. Interglacjał „eemski” – ok. 130 tys. lat temu, poprzedził zlodowacenie „Wisły”. Po kolejnym wytopieniu się lodowców, około 10 tys. lat temu rozpoczął się interglacjał nazywany holocenem, w którym żyjemy obecnie.
Przeobrażenia klimatu w odległej przeszłości były dużo większe, niż te które rozgrywają się przed naszymi oczyma. Jak zatem radzili sobie z nimi ludzie, którzy zamieszkiwali wówczas nasze ziemie?
Nasza wyobraźnia kształtowana przez obraz lodowych jęzorów wpełzających na zielone dotąd obszary, bądź potopu niszczącego ziemski raj, nie zawsze przyjmuje wolne tempo zmian. Faktem jest, że na ziemie obecnej Polski, inność wkraczała w żółwim tempie. Dotąd na naszych ziemiach nie wykryto śladów wielkich katastrof, jak rozległe powodzie, wybuchy wulkanów, ani też lodowce nie zamroziły całych populacji. Liczne przeobrażenia klimatyczne następowały, jednak nie w okresie życia jednego człowieka (średnia wieku wynosiła zaledwie ok. 30 lat), ani nawet pokolenia. W grę wchodziły setki i tysiące lat.
Zmiany klimatu i związane z nimi metamorfozy środowiska zachodziły na tyle wolno, że paleolityczni mieszkańcy zdążyli przemieścić się i znaleźć sobie dogodniejsze warunki do życia, gdzie mogli dalej z powodzeniem polować i zbierać.
Pierwsi ludzie pojawili się na ziemiach polskich ok. pół miliona lat temu. W Europie miało to miejsce już ok. 1 mln lat temu, a ostatnie doniesienia sugerują że nawet nieco wcześniej. Północne położenie Polski powodowało, że znalazła się poza zasięgiem pierwszych faz osadnictwa na naszym kontynencie.
Krzemienne narzędzia, ubrania ze skór zwierząt i ogień były podstawową „bronią” dawnych ludzi. – Obecnie bez problemu przebywamy na Antarktydzie, dzięki dostawom pożywienia, odzieży i ciepłym bazom. Natomiast w okresach dominacji zbieraczy i łowców możliwości były znacznie mniejsze – mówi prof. Jan M. Burdukiewicz. – Dlatego gdy klimat się ochładzał, a lód na ziemiach polskich sięgał aż do Sudetów i wkraczał w Bramę Morawską, ludzie nie mieli szans przetrwać. Wycofywali się więc na południe. Wybierali te miejsca, gdzie mogli zdobyć pożywienie i surowce do produkcji narzędzi.
To, jak żyli ludzi na ziemiach polskich w paleolicie jest trudne do dokładniejszego poznania. Odkryto bowiem bardzo mało stanowisk z tego okresu. – Z najstarszej epoki kamienia znamy ich zaledwie kilkadziesiąt. Jeśli przeliczymy to na lata, wyjdzie że kilka tysięcy lat reprezentowane jest przez jedno miejsce przebadane przez archeologów – tłumaczy prof. Burdukiewicz.
Na dodatek nie udało się dotąd odkryć żadnej ludzkiej kości z tamtych czasów (znaleziono takie m.in. w Niemczech, Węgrzech, czy we Włoszech). Dlatego badania warunków bytowania wczesnych ludzi można prowadzić wyłącznie na podstawie porzuconych narzędzi, szczątków fauny i flory oraz nawarstwień geologicznych.
Najstarsze ślady człowieka pochodzą z Trzebnicy koło Wrocławia. Nasi „praprzodkowie” – Homo erectus najprawdopodobniej nie zatrzymali się tam na dłużej, tylko rozbili obozowisko nad starorzeczem. Przypuszczalnie była to wczesna wiosna. Skąd to wiemy? Między innymi dzięki ... zębom szczupaków, które zachowały się w ziemi. Okres tarła jest bowiem najlepszym czasem łowienia (bez haczyków, których wówczas nie znano), gdyż ryby podpływają do samych brzegów rzeki. Paleolityczni łowcy spałaszowali wówczas m.in. szczupaka, którego waga dochodziła do 15 kg. To zarazem najstarsza „polska” ryba tego gatunku w archeozoologicznych zbiorach!
Z odkopanych kości zwierzęcych – bizona, łosia, jelenia, konia i nosorożca wnioskujemy, że twórcy trzebnickiego obozowiska również polowali. – Przebadaliśmy miejsce, w którym ćwiartowali zwierzynę i obrabiali kości – tłumaczy prof. Burdukiewicz, odkrywca stanowiska. – Potem poszli dalej, ale nie wiemy w jakim kierunku.
Myśliwi z Trzebnicy zdobywali pożywienie, kroili mięso, skóry, wykonywali przedmioty z drewna i kości za pomocą małych krzemiennych narzędzi zwanych mikrolitycznymi. Miały one zaledwie kilka centymetrów, ale dzięki osadzaniu ich na drzewcach, były bardziej efektywne i „wielokrotnego” użytku.
Krzemienie odkrywane przez archeologów są najtrwalszym świadectwem zamierzchłej przeszłości, które „opowiadają” nam historię dawnych grup ludzkich. Sposób radzenia sobie z tą skałą, jej obróbka, dogłębne poznanie jej właściwości świadczy o tym, że ci ludzie potrafili umiejętnie eksploatować środowisko.
– Byli niejako petrografami i geologami, gdyż potrafili rozpoznać właściwości oraz wiedzieli, gdzie występują niezbędne im surowce, jak je obrabiać i używać. Potrafili na przykład podgrzewać krzemień do temperatury kilkuset stopni C, by stał się bardziej szklisty, ostry i lepiej się łupał – wyjaśnia prof. Burdukiewicz.
Niemal 5 tysięcy narzędzi krzemiennych odkryli wrocławscy archeolodzy całkiem niedawno, bo w 2007 r. we Wrocławiu-Żernikach w dolinie Ślęzy. Badania ratownicze na obwodnicy autostradowej Wrocławia przyczyniły się do odsłonięcia pierwszego na Dolnym Śląsku stanowiska kultury magdaleńskiej. Reprezentowali ją pionierzy, którzy zasiedlili te ziemie po wycofaniu się ostatniego lodowca, ok. 15 tys. lat temu. – Ludzie tej samej kultury stworzyli malowidła w jaskini Lascaux, a więc najwspanialszą sztukę paleolityczną. W łowiectwie i zbieractwie wyspecjalizowali się oni do perfekcji – tłumaczy prof. Burdukiewicz, który kierował wykopaliskami.
Pięknie wykonane narzędzia i inne wyroby świadczą o tym, że łowcy doskonale radzili sobie w chłodnym klimacie, jaki tu wówczas panował. Dolny Śląsk porastała wówczas tundra, którą zamieszkiwały stada reniferów. Bardziej na południe pasły się stada dzikich koni. Ziemię mogła pokrywać wieczna zmarzlina, a okresy letnie były nieporównywalnie krótsze niż współcześnie.
Paleolit, czyli najstarszy okres dziejów ludzkości, stwarzał największe wyzwania dla ludzi, co potwierdzają odkrycia archeologów. Dawni łowcy i zbieracze mieli niezwykle twórcze podejście do ówczesnej rzeczywistości. Dokonywali wspaniałych wynalazków, przystosowując się do warunków panujących wokół. – Umiejętności wykorzystania, a później wyrobu narzędzi pozwoliły im wyjść ze świata zwierzęcego i utworzyć świat kultury – mówi prof. Burdukiewicz. – Dlatego jesteśmy gatunkiem, który istnieje w bardzo różnych niszach ekologicznych. Ludzie wyparli inne stworzenia, bardziej przystosowane do określonego środowiska, a sami mogli opanować bardzo różne – głównie dzięki swoim zdolnościom intelektualnym.
– Od najdawniejszych czasów ludzi cechowała dążność do maksymalnego wykorzystania zasobów środowiska. Jednym z nich była fauna, która mogła dostarczyć pożywienia – tłumaczy prof. dr hab. Daniel Makowiecki, archeozoolog z Pracowni Rekonstrukcji Środowiska Przyrodniczego Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Pod koniec epoki lodowej wody śródlądowe obfitowały w szczupaki, o czym wiemy dzięki badaniom archeoichtiologicznym. Ryby te mogły żyć w wodach o niskiej temperaturze. Nic więc dziwnego, że gatunek ten zasiedlił liczne jeziora. Szczupak zwracał uwagę dawnych rybaków i łowców, którzy masowo go łowili, na co wskazują odkrycia jego szczątków w miejscach dawnych obozowisk schyłkowopaleolitycznych i wczesnomezolitycznych.
W przeciwieństwie do szczupaka – sum i jesiotr – tolerowały wody ciepłe. Sumy świetnie czuły się, gdy temperatura sięgała 18° C. Dlatego w większych ilościach pojawiły się znacznie później, bo dopiero w okresie tzw. optimum atlantyckiego, ok. 8,5 tys. lat temu. Zasoby ichtiofauny (ryb – przyp. red.) dostarczały jeszcze więcej pożywienia ówczesnym grupom ludności, która wzbogaciła swoje menu.
Ludzie umieli dostosować się do warunków, których wcześniej nie znali. Na dodatek dokonywali wynalazków, co pozwalało im korzystać z tego, co oferowała natura. W przeciwieństwie do innych gatunków żyjących na Ziemi, zamiast zmieniać siebie, zaczęli zmieniać swe otoczenie. Z czasem przekształcanie środowiska naturalnego, które zaczęło się w skali mikro już kilka tysięcy lat temu, przybrało formę globalną. Już od ponad 100 lat rąbiemy lasy, osuszamy bagna, rzeki kierujemy do nowych koryt, budujemy miasta i rozwijamy przemysł na gigantyczną skalę. Naukowcy biją na alarm, iż konsekwencje wtargnięcia ludzi na dziewicze dotąd obszary, mogą być zgubne. Zaburzenia w ekosystemie naszej planety mogą doprowadzić do szeregu katastrof, których, nawet dzięki umysłom, które wyniosły nas na szczyt, nie zdołamy przewidzieć. A gdy nas zaskoczą, przynajmniej część z nas, nie przetrwa. Ale tak bywało już przecież w przeszłości...

Please wait...